Byłam, jestem, będę…

Mała salka, na ścianach lustra. Na środku, wśród tłumu dzieci mała dziewczynka. Ta dziewczynka to ja. „Proszę wyklaskać zagrany przeze mnie rytm, proszę coś zaśpiewać.” Kilka kroków w rytm muzyki i… stało się. Zostałam wybrana, zasiliłam szeregi „najmłodszej Zamojszczyzny”. Tak rozpoczęła się moja przygoda z tańcem. Minęło 13 lat. Przygoda zamieniła się w miłość i trwa nadal.

Początki były trudne, to rodzice zaganiali na próby. Dojście do czegokolwiek kosztuje bardzo dużo wyrzeczeń. Wielokrotne powtarzanie tych samych kroków i układów. To mogło się znudzić. Zostali najbardziej wytrwali – w tym ja. Opłacało się. Po latach ciężkiej pracy zaczęły się podróże: warsztaty artystyczne, przeglądy w Polsce, zagraniczne festiwale. Poznawałam niesamowitych ludzi. Nie tylko tam gdzie jechałam, ale w samym zespole. Powoli dowiadywałam się kim są i co dla mnie znaczą.

Wyjazdy zagraniczne to coś na co czeka każdy tancerz. Na pierwszym festiwalu międzynarodowym w Czechach w 2004 roku moja grupa tańcami biłgorajskimi wywalczyła pierwsze miejsce. Rok później byliśmy w Serbii . Tournee po Grecji i Węgrzech było najdłuższym wyjazdem, po którym na krótko znów odwiedziliśmy Serbię, a następnie czekał nas jeszcze koncert na Słowacji – tak, wakacje 2007 całe były spędzone z „Zamojszczyzną”. W kolejnym roku czekała na nas Belgia. Egipt kojarzyć będzie mi się z upałem, późnowieczornymi koncertami i wodnymi fajkami, a także z pierwszą podróżą samolotem. We Włoszech natomiast najprzyjemniejsze były noce, gdy przesiadywaliśmy razem, całą grupą na tarasie. Jak już wspomniałam koncertowaliśmy nie tylko za granicą. Braliśmy udział w wielu festiwalach w Polsce. Na większości zdobywaliśmy pierwsze miejsca. Koncertów w Zamościu nie zliczę. Najmilej wspominam te noworoczne. Były one zapowiedzią nadchodzącego nowego roku, przepełnionego tańcem. A z wakacji na wakacje czekałam na Eurofolk. Na zespoły, które przyjadą, by zaprezentować nam jakże odmienną od naszej kulturę.

Warsztaty artystyczne zlewają się w jedną całość. Litry potu, zmęczenie, dziesiątki nowych układów tanecznych, miliony nieznanych kroków. Tańce, klasyka, wokal. I tak od rana do nocy. Przerwy jedynie na posiłki. W dzień ciężka praca, wieczorami szaleństwa. I tradycyjne ogniska, układanie nowych piosenek z wyjazdów. Niezapomniane chwile.

Pracowaliśmy nie tylko na wakacjach. Przez te kilkanaście lat przez cały rok szkolny chodziłam dwa razy w tygodniu na próby do ZDK-u. Godziny na nich spędzone kompletnie odrywały mnie od rzeczywistości. Gdy tańczysz, nie myślisz o tym co dzieje się poza sceną. Wszystko się zaciera. Znikają problemy i codzienne troski. Zostaje tylko taniec i… pani Jola. Bo to właśnie dzięki Niej, pani Jolancie Kalinowskiej-Obst „Zamojszczyzna” istnieje. To ona od podstaw ją stworzyła, wkładając w to wiele wysiłku i serca. Bez niej tego zespołu po prostu by nie było. A tak w tym roku obchodzić będziemy 25-lecie zespołu. Jak na każdy jubileusz zjadą wszyscy byli członkowie zespołu, którzy kochają folklor.

Spełniałam się w zespole nie tylko jako tancerka. Do naszych obowiązków należał też śpiew. W końcu jest to zespół nie tylko tańca, ale i pieśni. Występowałam też w roli konferansjerki, co wspominam z ogromną dumą. I mam nadzieję, że dane mi będzie poprowadzić jeszcze kiedyś któryś ze wspaniałych koncertów „Zamojszczyzny”. Nie ukrywam, że jest mi ciężko pisać o zespole z perspektywy byłej członkini. Ale są też dobre tego strony. Kilka tygodni temu na chwilę znalazłam się po drugiej stronie bariery jako opiekunka jednej z młodszych grup na warsztatach artystycznych w Wólce Biskiej. Dzięki uprzejmości pani Joli i pani Moniki dane mi było nawet poprowadzić parę zajęć dla młodszych tancerzy. Szczególnie miło wspominam mazura w wykonaniu chłopców z młodzieżowej grupy. To wtedy po raz pierwszy czułam się jak prawdziwy choreograf – stojąc naprzeciwko nich i patrząc jak na tradycyjnym koncercie na zakończenie warsztatów tańczą to, co dla nich ułożyłam. Było to dla mnie niezwykłe przeżycie. Okazało się, że nie wszystko jest takie łatwe, jak my wtedy sobie wyobrażaliśmy. Zrozumiałam ile wyrzeczeń i troski wymaga zajmowanie się grupą młodzieży. Ile potrzeba na to cierpliwości i czasu.

W tym roku byłam także pilotem grupy zagranicznej – wspaniałego zespołu „Pith of Africa” z Kenii. Parę wpadek, zmęczenie, ale mimo wszystko niesamowita zabawa. To pierwsza z dziewięciu edycji Eurofolk, której nie widziałam ze sceny. Czy było mi żal? Na pewno. Czy nie chciałam zatańczyć? I to jak! Ale miałam okazję doświadczyć czegoś nowego i jeszcze raz przekonać się jak wiele trudu trzeba włożyć w to, by zespół mógł istnieć. A ja zawsze będę uważała „Zamojszczyznę” za swój drugi dom. I będę czuła się w nim wspaniale, w jakiejkolwiek roli bym do niego nie wracała.

Aktualnie tańczę w zespole studenckim Uniwersytetu Rzeszowskiego „Resovia Saltans”. Prawie od samego początku w grupie reprezentacyjnej, co oczywiście zawdzięczam solidnym podstawom wyniesionym z Zamojszczyzny. W „Resovii” taniec jest bardziej profesjonalny, więcej jest baletu, elementów klasyki, stylizacji. Ale mimo wszystko moje serce jest nadal bliższe zespołowi, w którym spędziłam tyle lat i poświęciłam więcej czasu niż czemukolwiek innemu. Byłam częścią Zamojszczyzny a teraz ona stała się częścią mnie. Oprócz filologii polskiej studiuję choreografię ze specjalnością prowadzenia zespołów ludowych. Wierzę, że kiedyś sama będę pracować w takim zespole.

A do aktualnych tancerzy „Zamojszczyzny” mam ogromną prośbę. Nie zaniedbujcie swojego zespołu. Należycie do tej jakże uprzywilejowanej i prestiżowej grupy społecznej Zamościa. Nie zaniedbujcie tego, trwajcie w tym jak najdłużej i wiedzcie, że mnóstwo ludzi jest wam wdzięcznych za to, że tańczycie. Bo to wy tworzycie zespół pieśni i tańca „Zamojszczyzna”.

Karolina Majdan